SerceTaty.pl

Prawdziwe męstwo leży nie w tym, co świat nazywa sukcesem, ale w byciu zawziętym kiedy wszystko w człowieku mówi "dość"

Kategoria: codzienność

Komunia Michała

Zbliżała się komunia Michała – kuzyna Tysi od strony Jezabel. Oboje dostaliśmy zaproszenie od Izy, mamy chłopca, aby pojawić się na imprezie. Rozmawiałem z Izą na ten temat kilka razy, pytając, czy nasza obecność nie popsuje całego wydarzenia – w końcu to rodzina Jezabel. Jednak za każdym razem otrzymywałem zapewnienie, że to jej decyzja i ma prawo zaprosić kogo chce, tym bardziej że Jezabel postarała się o to, aby zniszczyć relacje z własną rodziną, przez co nie otrzymała zaproszenia. Szkopuł w tym, że impreza miała się odbyć w niedzielę, kiedy córka była razem z właścicielką. Napisałem do Jezabel z pytaniem, czy zgodzi się, aby Tysia mogła w tym dniu być obecna na uroczystości Michała.

CHYBA ZE MNIE KPISZ

Otrzymałem w odpowiedzi. Cóż, przywykłem już do poziomu, na jakim komunikuje się ze mną. Miesiąc później grzecznie ponowiłem próbę, z pytaniem czy Tysia mogłaby w tym dniu być obecna na uroczystości, gdyż w przeciwnym wypadku wybiorę się na nią sam.

Z tego co wiem, to zaproszenie jest nieaktualne, wiec nie pisz do mnie wiecej w tej sprawie.

Tego samego dnia zadzwonił do mnie ojciec Michała, z którym nigdy nic mnie nie łączyło. On nigdy nie wchodził mi w drogę, a ja jemu. Nigdy też nie udało nam się zbudować żadnej relacji. Zdziwiłem się bardzo, bo nigdy do mnie nie dzwonił, nawet nie mieliśmy do siebie numerów telefonów, a jednak jemu na czymś bardzo zależało. Okazało się, że zdobył mój numer, aby wyprosić mnie z imprezy swojego syna, argumentując to konfliktem rodzinnym. Podczas rozmowy wyczułem, że został do tego przymuszony. Nie dałem mu konkretnej odpowiedzi, czy będę, czy nie, bo i on sam na moje pytanie, „czy mnie wyprasza?”, nie był w stanie odpowiedzieć, tłumacząc się jedynie tym, że będzie tam „jego rodzina”.

Na wszelki wypadek porozmawiałem o całej sytuacji z Izą, która poinformowała mnie, że z jej strony nic się nie zmieniło. Podjąłem jednak decyzję, że skoro córki ze mną i tak nie będzie, a ja przygotowałem się już na uroczystość, zjawię się tylko w kościele, a z imprezy domowej zrezygnuję.

W dniu komunii pojawiłem się pod kościołem. Zacząłem zbliżać się do drzwi budynku, gdy nagle z jego wnętrza wyszła matka Jezabel. Cóż to było za spotkanie! Wiedziałem, że nie jest mi przychylna po tym, co Jezabel jej nagadała na mój temat, a jej reakcja tylko upewniła mnie w przypuszczeniach dotyczących osoby, która naciskała ojca Michała, aby mnie wyprosił.

– Dzień dobry – powiedziałem.
– A co ty tutaj robisz? – syknęła.

Odpowiedziałem, że przyjechałem na komunię Michała.

– Ale dlaczego, przecież nie zostałeś zaproszony!
– Ależ oczywiście, że zostałem zaproszony.
– Nie jesteś rodziną, idź stąd…

Matka Jezabel nie chciała ze mną rozmawiać. Kilka razy powtórzyła, że nie jestem rodziną, że Iza jest… skoro mnie zaprosiła, i że mam sobie iść, zwłaszcza po tym, co zrobiłem jej córce…

Nie była jednak w stanie odpowiedzieć, co takiego zrobiłem, a potem już tylko zaczęła uciekać.

Oczekiwałeś więcej? – pomyślałem w duchu, a potem wszedłem spokojnie do budynku.

Po uroczystości spotkałem się z całą rodziną przy wyjściu, przywitaliśmy się, uściskaliśmy, prezent został przekazany, a ja zebrałem się do domu. Matki ani ojca Jezabel już nie zobaczyłem – nie pokazali się ani w kościele, ani przy wyjściu. Był też ojciec Michała, który udał, że mnie nie widzi.

Rodzice Jezabel mieli w ogóle nie pokazać się również na obiedzie, ale gdy doniesiono im, że mnie tam nie ma, jednak przyjechali.

I dobrze… to w końcu ro-dzi-na.

Majówka w górach

 

Była to nasza pierwsza normalna majówka, zagwarantowana ugodą. Razem z moją przyjaciółką wybraliśmy się w trójkę do Istebnej. Wspaniale wypoczęliśmy w otoczeniu przyrody i lokalnych uroków. Udało nam się wynająć pokój z łóżkiem piętrowym dla mojej córki, co było dla niej dodatkową atrakcją. W ośrodku byliśmy jedynymi gośćmi, dzięki czemu mieliśmy nieograniczone możliwości zabawy na jego terenie, a w nocy panował błogi spokój. Na miejscu zwiedziliśmy też kilka okolicznych atrakcji i zamówiliśmy na wynos najlepsze spaghetti, jakie kiedykolwiek jadłem. Spaghetti w dostawie i do tego tak dobre!

W Dzień Świadomości Alienacji Rodzicielskiej

Od złożenia pierwszego wniosku do sądu minęły już trzy i pół roku, a od momentu, gdy wyprowadziłem się z własnego mieszkania – prawie pięć. Wielokrotnie proponowałem, abyśmy spróbowali porozumieć się dla dobra naszej córki. Chciałem, by każde z nas mogło ułożyć sobie życie możliwie jak najlepiej. Nigdy nie chodziło mi o pieniądze – byłem gotów podzielić się wszystkim, co miałem. Nasz związek się nie udał, ale nadal jesteśmy rodzicami tej samej dziewczynki.

W odpowiedzi słyszałem jednak zapowiedzi, że „zabierze mi wszystko (…) oddam wszystko w zębach”, i od pięciu lat konsekwentnie próbuje to realizować. Na szczęście bezskutecznie. Nie dostrzega przy tym, jak bardzo krzywdzi naszą córkę, mnie, a w pewnym sensie także samą siebie. Konflikty z rodziną, z byłym pracodawcą, z rodzicami w starej szkole – to wszystko narasta. Pojawiły się kłamstwa, oskarżenia, obrażanie, groźby, poniżanie, a jednocześnie moralizowanie z powoływaniem się na religię. Osoby, które jej nie znają, często wierzą w jej wersję wydarzeń, bo widzą kobietę w trudnej sytuacji i zakładają, że skoro płacze, to musi być ofiarą.

Nasza córka dorasta. Ma już ponad osiem lat i rozumie znacznie więcej, niż wielu osobom mogłoby się wydawać. Kiedy dorośnie, otrzyma ode mnie narzędzia, które pozwolą jej zobaczyć, co tak naprawdę się wydarzyło. A dziś pozostaje mi przede wszystkim cieszyć się czasem, który mamy razem – wielu ojców dotkniętych alienacją rodzicielską nie ma nawet tego.

Ostatnie pięć lat to najtrudniejszy okres mojego życia. Mimo to wciąż jestem, wciąż trwam i idę do przodu, choć nie zawsze jest to łatwe, a zmęczenie potrafi dać o sobie znać. Nie wyobrażam sobie nie mieć kontaktu z własnym dzieckiem: nie zobaczyć go, nie przytulić do snu, nie przeczytać wspólnie książki, nie zagrać w szachy, nie wyjść na spacer. Ten czas jest bezcenny, ale jego utrzymanie kosztuje bardzo wiele – zdrowia, czasu i pieniędzy. Społeczeństwo często tego nie rozumie. W powszechnym przekonaniu ojciec ma przede wszystkim płacić alimenty, a jeśli widuje dziecko, to „powinien się cieszyć”. Na tym rozmowa się kończy. Liczy się wielka polityka, pieniądze od państwa i wygodne schematy, które pozwalają nie dostrzegać realnych problemów.

A jednak alienacja rodzicielska istnieje i zbiera swoje żniwo. Niszczy relacje, zdrowie i życie. Wiem to z własnego doświadczenia i z historii wielu ojców, których poznałem.