Przed końcem roku zostałem po raz kolejny wezwany na komisariat. Tym razem (po raz pierwszy) był to komisariat w mieście, w którym mieszkam. Być może to jakaś nowa strategia, bo w poprzednim miejscu funkcjonariusze kojarzyli już Jezabel i nie udało jej się wyrządzić mi krzywdy. A może po prostu taka jest procedura?
Dzień wcześniej Jezabel zadzwoniła na komendę, aby dowiedzieć się, na jakim etapie znajduje się jej zgłoszenie kradzieży karty SIM (od którego minęło już ponad pół roku). Może w końcu uda się jej jakoś mi zaszkodzić – trzeba próbować.
W ocenie Jezabel koszt karty to ponad 40 złotych, co uznała za wystarczający powód, by zgłosić przywłaszczenie przeze mnie jej karty. W tym celu udała się nawet na komendę w dzielnicy, w której mieszkam. Podczas relacjonowania zajścia nie wspomniała jednak, że to ona jako pierwsza przywłaszczyła moją kartę, a ja – choć przyznaję, że złośliwie – nie oddałem jej karty tylko dlatego, że chciałem odzyskać swoją. Brakującą część relacji przekazałem funkcjonariuszowi, który mnie przesłuchiwał.
Ostatecznie oboje wyrobiliśmy duplikaty naszych kart i sprawa ucichła – aż do dziś. Wniosek trafi teraz do sądu, który zdecyduje, czy zostanę ukarany za wykroczenie, czy może skończy się na pouczeniu.