Na komendzie po raz piąty

Przed końcem roku zostałem po raz kolejny wezwany na komisariat. Tym razem (po raz pierwszy) był to komisariat w mieście, w którym mieszkam. Być może to jakaś nowa strategia, bo w poprzednim miejscu funkcjonariusze kojarzyli już Jezabel i nie udało jej się wyrządzić mi krzywdy. A może po prostu taka jest procedura?

Dzień wcześniej Jezabel zadzwoniła na komendę, aby dowiedzieć się, na jakim etapie znajduje się jej zgłoszenie kradzieży karty SIM (od którego minęło już ponad pół roku). Może w końcu uda się jej jakoś mi zaszkodzić – trzeba próbować.

W ocenie Jezabel koszt karty to ponad 40 złotych, co uznała za wystarczający powód, by zgłosić przywłaszczenie przeze mnie jej karty. W tym celu udała się nawet na komendę w dzielnicy, w której mieszkam. Podczas relacjonowania zajścia nie wspomniała jednak, że to ona jako pierwsza przywłaszczyła moją kartę, a ja – choć przyznaję, że złośliwie – nie oddałem jej karty tylko dlatego, że chciałem odzyskać swoją. Brakującą część relacji przekazałem funkcjonariuszowi, który mnie przesłuchiwał.

Ostatecznie oboje wyrobiliśmy duplikaty naszych kart i sprawa ucichła – aż do dziś. Wniosek trafi teraz do sądu, który zdecyduje, czy zostanę ukarany za wykroczenie, czy może skończy się na pouczeniu.

Pierwsza rozprawa o większe kontakty

Dziś odbyła się pierwsza rozprawa w sprawie o rozszerzenie kontaktów, którą złożyłem dokładnie 23 czerwca. To zarazem pierwsza sprawa, jaką założyłem przeciwko Jezabel. Minęło pół roku, zanim w ogóle doszło do pierwszego spotkania stron w sądzie. W międzyczasie obie strony przyjęły kuratora – i to właściwie wszystko. Nic więcej się nie wydarzyło. Po raz kolejny mam coraz silniejsze wrażenie, że „dobro dziecka” to w Polsce przede wszystkim wygodny frazes, który służy do utrwalania obecnego stanu rzeczy. O prawdziwym dobru dziecka – czy ojca – nie ma tu mowy.

Na rozprawie stawiłem się z moim adwokatem – aniołem, który wspierał mnie już kilka dni wcześniej podczas apelacji w sprawie alimentów. Jezabel tym razem przyszła sama. Z przyzwyczajenia zajęła miejsce po lewej stronie, jakby z góry zakładała, że znów występuje jako powódka. Mój adwokat spokojnie wyjaśnił jej, że tym razem to ona jest stroną pozwaną.

W trakcie przesłuchania wyszło na jaw, że Jezabel złożyła wniosek o adwokata z urzędu – zaledwie dzień przed rozprawą! Sędzia nie miał jednak jeszcze tej informacji w aktach. Odniosłem też wrażenie, że dopiero co zapoznał się z moim wnioskiem i nie był przygotowany do sprawy.

Oboje zostaliśmy przesłuchani. Sędzia zapytał Jezabel, dlaczego nie pozwoliła mi spędzić ferii z córką, skoro z ugody jasno wynika, że mam do tego prawo. Jezabel zaprzeczyła, twierdząc, że według jej interpretacji przysługują mi jedynie dwa dni.

Ostatecznie sąd oddalił mój wniosek o zabezpieczenie kontaktów do czasu rozstrzygnięcia sprawy. Sędzia podtrzymał jedynie, że należy mi się tydzień ferii oraz kontakt telefoniczny z córką – co zostało zapisane w protokole i już obowiązuje. Poza tym sprawa trafi ponownie do OZSS, choć nie wiadomo, kiedy dokładnie. Poprzednio czekałem na opinię rok, i nic nie wskazuje na to, by tym razem miało być szybciej.

Na zakończenie mój adwokat zaproponował mediację. Jezabel się zgodziła. Do akt został wpisany mediator sądowy, który wkrótce skontaktuje się z obiema stronami.

Kolejne posiedzenie wyznaczono na 21 maja przyszłego roku.

Krzyk i brak kontaktu

To nie jest mój ulubiony rodzaj wpisów, ale postanowiłem zapisywać wszystko, co jest dla mnie istotne.

Odwiozłem Tysię, jak zwykle, do Jezabel na godzinę 18:00. Nie zdążyłem jeszcze wrócić do domu, gdy zadzwoniła do mnie Tysia. Bardzo mnie to zdziwiło, ponieważ Jezabel zazwyczaj odbierając córkę, od razu zabiera jej mój zegarek. Rozmowa była krótka, przerwał ją nagły krzyk. Tysia zdążyła tylko powiedzieć, że „mama zabrała jej pieniądze”, po czym słychać było jedynie krzyk i połączenie zostało zerwane.

Zaniepokojony, natychmiast zadzwoniłem do Jezabel, by dowiedzieć się, co się stało. Nie odebrała. Nie odpowiedziała również na moje wiadomości SMS. Nagranie rozmowy przesłałem kilku bliskim osobom, wszyscy zgodnie stwierdzili, że trzeba natychmiast pojechać i sprawdzić sytuację, a w razie potrzeby zawiadomić odpowiednie służby.

Razem z bliską mi osobą pojechaliśmy pod blok, by przynajmniej przez domofon usłyszeć Tysię i upewnić się, że wszystko jest w porządku. Gdy zadzwoniłem domofonem, odebrała Jezabel, ale nie powiedziała ani słowa. Później nie podjęła już żadnej próby kontaktu.

Po chwili otrzymałem od niej wiadomość:

Twierdzisz coś, co nie ma miejsca, słyszysz coś, czego nie ma. Weź to lecz *** 😁😁😁

Zadzwoniłem na policję, opisałem całą sytuację i poprosiłem o pomoc w sprawdzeniu, czy z córką wszystko w porządku. Funkcjonariusze przyjechali po około 40 minutach, wysłuchali mnie i udali się na miejsce.

Po powrocie poinformowali mnie, że z córką wszystko jest w porządku – „widzieli ją, jak spała”. Na moje pytanie, czy zapytali matkę, dlaczego nie odpowiadała na moje wiadomości i nie odbierała telefonu, nie udzielili odpowiedzi. Pochwalili jednak moją postawę, stwierdzając, że po tym, co im opowiedziałem, interwencja była jak najbardziej uzasadniona.

W Polsce najgorsza matka zawsze będzie lepsza od najlepszego ojca z samego faktu, że jest matką.